„Rosamunda Watson... Cieszę się, że Twoje prawdziwe
imię powróciło do łask” - szepnęłam do niej z uśmiechem.
„Nie boisz się, że ktoś kiedyś odkryje kim byłaś?
To imię to jawny trop, jeśli ktoś potrafi szukać”
„Nie, o to się nie boję - będę ją chronić za
wszelką cenę i dopilnuję, żeby nic się nie wydało. Skończę dawne sprawy i już
nikt nie będzie pamiętał o tamtej mnie. Ale... chciałam zachować znak
przeszłości - pamiątkę i przestrogę, żeby już zamknąć ten rozdział na zawsze.
Musiałam oczyścić to imię ze złych wspomnień, a moja córka będzie moim małym,
niewinnym aniołkiem, którego będę chronić od zepsucia...”
„Rozumiem... Nie martw się Mary - pomogę Ci to
osiągnąć! Postaram się być najlepszą ciocią na świecie!” - puściłam do niej
oczko i zrobiłam zabawną minę.
„Zaczekaj - tylko ciocią? Chciałam, żebyś była jej
chrzestną - w końcu jesteś moją najlepszą przyjaciółką!”
„Dziękuję Ci Mary, ale... John poprosił już
Sherlock'a o bycie chrzestnym, a dwóch socjopatów przy dziecku to chyba zły
wybór” - Mary parsknęła śmiechem i spojrzała na mnie badawczo.
„Ok, niech Ci będzie... Ale sądząc po Twojej minie
masz już kogoś na swoje zastępstwo, czy się mylę? Kogo proponujesz?”
„Molly. Molly Hooper”
„Hahah, widzę, że zatroskana siostrzyczka chce
pomóc bratu w decyzjach życiowych?” -
w odpowiedzi tylko się uśmiechnęłam, bo usłyszałam za sobą kroki Johna idącego w naszą stronę.
w odpowiedzi tylko się uśmiechnęłam, bo usłyszałam za sobą kroki Johna idącego w naszą stronę.
„Co tu tak wesoło? Proszę na kanapę moja droga!
Sesję zdjęciową czas zacząć!”
„Już idę mój mężu!” - teatralnym głosem odparła
Mary i wzięła Johna pod rękę.
-------------------------------
~Kurczę, zaraz się spóźnię!~ - szybkim krokiem
szłam w kierunku szpitala św. Bartłomieja na spotkanie z Molly. O tej godzinie
ruch uliczny był nie do zniesienia. Długie korki i wszechobecny hałas. Że też
niektórzy skusili się dzisiaj użyć komunikacji miejskiej!
Nagle przystanęłam zdumiona. Widok, który zastałam,
przyprawił mnie o rozterki co do widzianych postaci i celu spotkania. Przy
przystanku autobusowym stał John, a przy nim jakaś ruda kobieta. Rozmawiali.
Potem ona podała mu małą karteczkę. W takich właśnie momentach żałuję, że nie
noszę tych cholernych okularów. Miałam nadzieję, że to jednak nie John.
W pewnym momencie zauważyła, że zbliżam się w ich
kierunku. Odeszła. Nawet nie zdążyłam się jej dokładnie przyjrzeć - bez
okularów jej twarz wyglądała na zamazaną. Mimo wszystko wydała mi się dziwnie
znajoma.
~Mam nadzieję, że ma na to jakieś dobre
wyjaśnienie...~ - w duchu cały czas broniłam Johna, bo przecież może to
koleżanka z pracy, jakaś dawna znajoma - cokolwiek. A co było na kartce? Może
tylko polecona knajpa... Nie. To nie klei się kupy. Ale przecież on...
„Cześć!” - krzyknęłam z bezpiecznej odległości.
Watson aż podskoczył przestraszony. Widocznie wyrwałam go z ważnych przemyśleń.
„Cześć!” - odpowiedział, po czym szybkim ruchem
schował mini karteczkę do kieszeni.
„Nie spodziewałam się Ciebie tutaj!”
„Niby czemu?” - spytał z nieukrywanym zdziwieniem.
Nie myślał w tej chwili logicznie. Coś nie dawało mu spokoju.
„Przecież zawsze jeździsz rowerem!” - powiedziałam
z irytacją w głosie. Mówienie rzeczy oczywistych ludziom nieuświadomionym jest
niesamowicie trudne - jak test na cierpliwość.
„Aaah... No
tak... Rower...” - powiedział zmieszany, ale w końcu widać było, że jakkolwiek
wybudzał się z tego dziwnego odrętwienia umysłowego.
„No cóż - zepsuł się... Dzisiaj rano oddałem go do
naprawy. Jutro już będzie po staremu”
„Po staremu...” - szepnęłam w zamyśleniu.
„Słucham?” - zrozumiałam, że nieświadomie
powiedziałam to na głos.
„A nic... Tak się tylko zastanawiałam kim była
kobieta, z którą rozmawiałeś” - w jego oczach pojawiła się panika. Wyglądał na
człowieka spętanego więzami, który nie chciał się przyznać, że
w kieszeni ma nóż.
w kieszeni ma nóż.
„Która kobieta?”
„Rudowłosa. Przed pięcioma minutami jeszcze tu była”
„Śledziłaś mnie?” - powiedział spokojnie. Ja jednak
wiedziałam, że powoli zaczyna się w nim gotować.
„Zwariowałeś! Akurat tędy przechodziłam!” -
powiedziałam lekko urażona oskarżeniem.
„Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie”
„Nie wiem, kim jest. Poznałem ją przed chwilą w
autobusie” - odparł po chwili namysłu.
„Przed chwilą, tak? Rozumiem, że tak sobie
przypadliście do gustu, że wymieniliście się numerami?”
„Co?”
„Przestań. Widziałam, jak pisała Ci go na kartce”
„I co z tego?”
„Jak to co?
Przepraszam John, ale jak ja mam to rozumieć? Spotkałeś przypadkową dziewczynę
w autobusie, a chwilę potem ona daje Ci swój numer. Po co pytam się? Znalazłeś
bratnią duszę czy jak?” - powiedziałam już bez żadnych ogródek. Widziałam jak
przerażenie zamienia się w złość.
„A co Cię to
do cholery obchodzi?! To chyba moja sprawa co z kim robię!” - nigdy na mnie nie
podniósł głosu. Nigdy. A teraz przyszło mu to bez problemu, jakbym była
nieznajomą wypominającą mu niestosowny ubiór.
„John...” – szepnęłam.
„Jasne, teraz to jest Twoja sprawa, ale - Johnie
Hamishu Watsonie - pilnuj się, dobrze Ci radzę! Bo jeśli zranisz Mary, to
gorzko tego pożałujesz!” - powiedziałam już pewniejszym głosem. Odwróciłam się
na pięcie i odeszłam. Nawet nie miałam zamiaru oglądać się za siebie.
~Mam nadzieję, że Molly wybaczy mi to
spóźnienie...~
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz