Obudził mnie dźwięk dochodzący z klatki schodowej -
stare schody dawały o sobie znać. Kto to może być? Zanim wysnułam jakiekolwiek
wnioski do pokoju wkroczyła pani Hudson niosąc wielką tacę z pachnącym
jedzeniem.
„Witaj kochanie! Uff, cieszę się, że Cię nie
obudziłam!”
Uśmiechnęłam się lekko. ~Dobrze, że nie wie jak było
naprawdę.~
„Ciągle zastanawiałam się, czy nie jest aby za
wcześnie na urodzinowe śniadanie! Proszę bardzo, to dla Ciebie!” - mówiąc to
podała mi tacę, na której leżały przygotowane pyszności nad pysznościami - moje
ulubione potrawy śniadaniowe: jajko na kanapce, jajko na miękko i naleśniki.
A więc to moje urodziny... Na śmierć o nich
zapomniałam... Jeszcze przed „skokiem Sherlocka” nie dano mi o nich zapomnieć -
John i Sherlock zawsze szykowali dla mnie masę atrakcji - rano robili moje
ulubione śniadanie, a potem był czas na zagadki. To była najfajniejsza czynność
tego dnia - obaj przygotowywali się do niej cały tydzień, żeby wszystko wyszło
idealnie i nie było za oczywiste. Zostawiali mnie w pokoju z pierwszym
listem/zagadką. Sami gdzieś wychodzili, a ja, słuchając wskazówek, musiałam w
końcu dojść do wyznaczonego miejsca, gdzie czekała mnie mega niespodzianka. Co
roku inna. Niestety tą tradycję nagle przerwała „śmierć Sherlocka”, a kiedy
wróciliśmy do świata żywych nikt już o niej nie pamiętał...
Podczas moich retrospekcji pani Hudson nadal stała
przy łóżku.
„Coś nie tak? Czyżbyś straciła apetyt?” - zapytała
zasmucona, widząc mnie „modlącą się” nad smakowitymi daniami.
„Nie, nie, oczywiście, że nie. Ja... tylko się
zamyśliłam... Przepraszam pani Hudson...” - popatrzyłam na nią przepraszającym
wzrokiem i zabrałam się do jedzenia. „A tak w ogóle, to gdzie jest Sherlock?”
„Sama nie wiem...” - odparła gospodyni – „Wyszedł
kilka godzin temu, mówiąc, że to pilne
i kazał mi przygotować Ci to śniadanie”
i kazał mi przygotować Ci to śniadanie”
~O matko, w takim razie która jest godzina?~
Spojrzałam na zegarek. ~Uff, dopiero 10:00~
„Na pewno nie mówił pani gdzie idzie?” - zapytałam, bo
cała sytuacja wydała mi się dość dziwna. Przecież od kilku lat już nie robił mi
śniadania, a dzisiaj przypomniał o tym pani Hudson
i wyszedł bez słowa...
i wyszedł bez słowa...
„Nie, na pewno nie. Ale, ale - na śmierć bym
zapomniała!” - pani Hudson wyjęła z kieszonki liścik i wręczyła mi go dodając –
„Kazał Ci to przekazać. Coś mi się zdaje, że to takie same karteczki jak te,
które chłopcy zostawiali Ci jako pierwszą wskazówkę, czyż nie? Chyba Sherlock
chce wznowić tradycję” - gospodyni puściła do mnie oczko i wyszła.
Zamiast kontynuować jedzenie śniadania od razu wzięłam
się za czytanie karteczki. O tak, to zdecydowanie pismo Sherlocka. Nie są to
bazgroły, nie pisał tego w pośpiechu, a więc przygotowywał to od dawna. ~Czyli
jednak!~ Uśmiechnęłam się pod nosem. Skończywszy śniadanie szybko się
przyszykowałam i wyszłam z domu rzucając pani Hudson na odchodne „Wrócę późno,
niech pani nie czeka z kolacją!”
----------------------------------
„Sherlocku, to do Ciebie!” - pani Hudson wręczyła list
jeszcze lekko sennemu detektywowi. Sherlock wziął go bez słowa, obejrzał
dokładnie i nic nie podejrzewając otworzył kopertę.
„To od Johna” - powiedział i skierował się do wyjścia.
„Sherlock! A co jeśli ona się obudzi?” - spytała
zaniepokojona.
Cofnął się do drzwi i powiedział – „Niech pani zrobi
jej śniadanie! Chociaż mam nadzieję, że niedługo wrócę...”
Pani Hudson stanęła jak wryta. Sherlock nigdy nie
pozwolił jej nawet pomóc przygotowywać śniadanie dla tej dziewczyny. A teraz
powierzył jej to zadanie - cud! Gosposia niemal skakała z radości, bo darzyła
wielką sympatią młodą lokatorkę.
W tym samym czasie detektyw wsiadał już do taksówki -
nawet nie zdążył zobaczyć wyrazu miny pani Hudson! Jechał wprost na wyznaczone
w liście miejsce.
~Czy John jest
naprawdę aż taki roztrzepany? Przypomnieć sobie o prezencie dopiero w dniu jej
urodzin? A pomyśleć, że kiedyś szykował się do tego tygodniami...~ - Sherlock
był tak poirytowany, że nie dostrzegł jednego szczegółu - pismo Johna było
lekko rozmazane - tak, jakby Watson pisał list
w pośpiechu lub... pod presją.
w pośpiechu lub... pod presją.
~To tutaj... Ciekawi mnie czemu wybrał akurat ten
budynek - nie mogliśmy się spotkać w jakimś „normalnym” miejscu? Przecież ona
śpi i nawet nie wpadłaby na pomysł, żeby mnie śledzić...~ - detektyw wyszedł z
taksówki i zdecydowanym krokiem ruszył ku wielkiej budowli. Była to siedziba
firmy „My story” - korporacji, która rzekomo zajmowała się wysokimi
technologiami, a w rzeczywistości była częścią siatki przestępczej Moriartiego.
Jej dokładna nazwa brzmiała: „My own criminal story”, na co oczywiście żaden
zwyczajny człowiek by nie wpadł przechadzając się ulicami Londynu... Na
szczęście ani Sherlock ani Mycroft do zwyczajnych ludzi nie należeli - szybko
zorientowali się w czym rzecz i firma nagle upadła w niewyjaśnionych
okolicznościach. Teraz zastanawiano się co zrobić z tym budynkiem - sprzedać
innej, tym razem realnej firmie czy wydać pozwolenie na wyburzenie. Jak na
razie wyglądało na to, że sprawy nie rozstrzygnięto, bo wielki, szklany kloc
nadal stał, a na jego szczycie ciągle widniał wielki, neonowy napis „My story”.
Sherlock z łatwością wszedł do środka - zdziwiło go,
czemu budynek nie został odcięty od prądu. Drzwi automatycznie się przed nim
otworzyły, światła były zapalone, a winda zjechała na dół jak na zawołanie. To
było podejrzane, ale detektyw miał w głowie jedną wersję, której się trzymał -
autorem listu był John, więc czego miałby się bać. Pewnie namówił Mycrofta, aby
dał mu dostęp do budynku na kilka godzin... W końcu czego się by nie zrobił dla
naszej solenizantki! Zresztą w windzie naklejona była kartka, na której widniał
napis: *Wciśnij mnie -->* i strzałka wskazująca numer 45, czyli ostatnie
piętro budynku. Znowu pismo Johna. Sherlock bez namysłu wcisnął przycisk i
winda ruszyła. Gdy tylko drzwi się zamknęły na małym ekraniku pojawiła się...
twarz Moriartiego! Taka sama, jak w dniu wylotu... Nie, nie był to żywy
człowiek - detektyw umiał rozróżnić animację stworzoną na komputerze od
rzeczywistości. ~O nie, już nikt nigdy więcej mnie nie nabierze! Moriarty nie
żyje i ja to udowodniłem!~
„Kim jesteś?” - zapytał z względnym spokojem Sherlock.
Zdał sobie sprawę, że John może być w wielkim niebezpieczeństwie. Zresztą nie
tylko on. ~Cholera, jak mogłem nie zauważyć!~
Nikt nie odpowiedział na pytanie detektywa. Na
monitorze nadal widniała gęba mózgu sieci - pająka, pociągającego niegdyś za
nitki w przestępczym świecie. To już przeszłość, ale... w takim razie kto jest
za to odpowiedzialny. Przecież nie John! Nagle z głośników odezwał się znany
głos... Sherlock aż drgnął. „Witaj Sherlocku, to ja. Cześć!” {wyobraźcie sobie
to jego „Hi!” x'D} Nie, to niemożliwe... „Pewnie się zastanawiasz, co się
właśnie dzieje... Powiem Ci tak - właśnie się rozmyśliłem i wróciłem do Ciebie.
Z piekła” Serce Sherlocka biło jak szalone - w kółko powtarzał sobie ~To
niemożliwe, to nie jest prawda...~
„Hahahahahahaha” - głos Moriartiego zniknął, a na jego
miejsce pojawił się złowrogi śmiech jakiegoś mężczyzny.
~Co do...~
„Ale Cię przestraszyłem! Hahahah, szkoda, że nie widzisz
swojej miny! Sławny detektyw zrobiony w balona! Hahahah!” - tajemniczy głos
nadal zanosił się ze śmiechu. Nie był to jednak normalny śmiech. Było w nim coś
szalonego... w negatywnym tego słowa znaczeniu.
„Oh, oh, nie mogę! Hahah... Już, już przechodzę do
rzeczy” - mężczyzna opanował się,
a Sherlock starał się zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi.
a Sherlock starał się zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi.
„A więc kochany Sherlocku... Właśnie wpadłeś w
śmiertelnie niebezpieczną pułapkę z powodu swojej naiwności... To nie Jonny
wysłał Ci list - to byłem ja! Tu właśnie zaczyna się zabawa - wielka zabawa!
Hahahahahah!”
~Maniak~ kołatało się w głowie detektywa. Do tej pory
udało się mu wydedukować parę rzeczy. ~Jest to starszy mężczyzna. Wielki fan
lub poplecznik Moriartiego. Stawiam na to drugie. Bardzo dobrze zna się na
nowoczesnej technologii i wie bardzo dużo o tym budynku. Prawdopodobnie dawny
pracownik firmy „My story” - jedyna osoba, która uchroniła się przed
zatrzymaniem...~
W pewnym momencie winda stanęła, a głos kazał
Sherlockowi wyjść na biały, pusty korytarz. Wszystkie sprzęty zostały z tego
miejsca usunięte przez służby specjalne... Ale to było kilka miesięcy temu.
Teraz ten człowiek wznowił system monitoringu i zamontował... dziwne skrzynki
przy suficie.
„Przepraszam
Cię, ale teraz będziesz tu sobie musiał poczekać. Budynek zaczną wyburzać jutro
rano. Nie, to nie jest takie oczywiste. Masz jeszcze szansę. Chociaż nie, nie
Ty - ona. Jeśli tylko zdąży. Hahahahahahah!”
----------------------------------
----------------------------------
„No, nareszcie!” - pomyślałam znajdując ostatnią
karteczkę. Było na niej napisane:
*Podróży Twojej już
kres - idź do domu szczęścia*
„Sherlock - no tutaj wcale się nie postarałeś!” -
byłam trochę rozczarowana, ale w gruncie rzeczy wiedziałam, że nikt oprócz nas
nie nazywa tak tego mieszkania. Moim celem był dom Johna
i Mary.
i Mary.
Gdy doszłam na miejsce zapukałam do drzwi. Nikt nie
otwierał, a w środku panował harmider. Drzwi były otwarte, więc weszłam.
Okazało się, że nie w porę - impreza była dopięta na ostatni guzik, ale jednak
nikt się nie spodziewał, że przyjdę. Pierwsza zobaczyła mnie Mary.
„O matko, ale nas przestraszyłaś... Nie spodziewaliśmy
się Ciebie tak wcześnie” - była trochę zmieszana, ale umiała zachować zimną
krew, więc ustawiła wszystkich i zaczęli mi śpiewać piosenkę urodzinową. Pani
Hudson już nawet niosła tort, ale...
„Mary, gdzie Sherlock i John?” - spytałam zdziwiona.
„Właśnie nie wiem... Mieli przyjść tuż przed Tobą,
żeby nas ostrzec, że idziesz, ale do tej pory ich nie ma. Dzwoniłam do nich,
ale obaj nie odbierają...”
To było dziwne... bardzo dziwne...
„A, jeszcze coś... To leżało dziś u nas w skrzynce na
listy, ale widnieje tu Twoje imię i nazwisko. Co za dziwna pomyłka... No cóż,
może któryś z gości ją tu zostawił” - Mary podała mi czerwoną jak krew kopertę.
Dałam wszystkim znak, żeby już zaczęli się bawić, a pani Hudson kazałam schować
tort do lodówki. Na osobności wyjęłam list i zaczęłam czytać:
*Dzisiaj trwa radość i wielkie wesele,
a jednak przeszkadza brakujący element.
Jeśli nie dasz szansy tej małej zagadce
stracisz sens życia w szklanej pułapce*
a jednak przeszkadza brakujący element.
Jeśli nie dasz szansy tej małej zagadce
stracisz sens życia w szklanej pułapce*
To bynajmniej nie były życzenia urodzinowe. To była
groźba... Moje synapsy działały tak, jak powinny, więc pojęłam wszystko w lot i
niezauważona zniknęłam z imprezy. Mojej imprezy urodzinowej.
~Cholera, ja zawsze mam takie szczęście!~ - myślałam w
drodze do taksówki.
Zagadka była prosta, jak drut, więc jej rozwiązanie
zajęło mi pięć sekund. Mycroft i tak powiedziałby, że to za wolno... Wiadomo,
że piszącemu chodziło o moje urodziny. Trwają, wszyscy się bawią, ale ja nie
potrafię... bez tych dwóch one nie mają sensu... John i Sherlock są brakującym
elementem i sensem mojego życia... Jeśli nie pójdę na wskazane miejsce, to
zginą... „Szklana pułapka” może mieć wiele znaczeń - to jest mój ulubiony film,
ale może to też oznaczać zwykłe pomieszczenie wykonane lub przyozdobione
szkłem. Stawiam na to pierwsze - akcja filmu, a przynajmniej pierwszej części,
rozgrywa się w wieżowcu. Szklanym wieżowcu. W Londynie jest takich pod
dostatkiem, ale nie w każdym można tak łatwo popełnić zbrodnię w trakcie
tygodnia. Praktycznie wszystkie mają niezawodny system alarmowy. Tylko jeden
budynek mi tutaj pasuje... opuszczony „My story”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz