~Co jest?~
Głośny, wysoki dźwięk wyrwał Johna z objęć
wspomnień i półsnu. Ocknąwszy się zrozumiał gdzie jest i dlaczego. Nadal lekko
oszołomiony i wpółprzytomny zaczął się zastanawiać co tak cholernie piszczy.
Dość szybko zorientował się, że dźwięk dobiega z sali operacyjnej.
~O nie...~ - pomyślał przestraszony widząc, jak
lekarze gaszą światło i wychodzą, uprzednio wyłączając denerwującą maszynę.
„O Boże...”
John wahał
się, czy wejść do pomieszczenia. Jeszcze kilkanaście minut temu tego właśnie
chciał, a teraz? Teraz jakaś magiczna siła odpychała go od tego miejsca.
Wiedział, co oznaczał przeciągły dźwięk, to, że lekarze już sobie poszli nie
troszcząc się o osobę, którą chwilę temu operowali. Kiedy już miał się
zdecydować na wejście do środka nagle pojawiła się Molly z kilkoma osobami.
„Zabierzcie ją do sali 602” - zakomenderowała
pomocnikom, którzy jak na zawołanie zabrali sprzęt i łóżko, na którym nadal
leżała dziewczyna.
„Co chcecie z nią zrobić?” - głos mu się łamał, ale
był pewny, że Molly wie więcej. Wydawało mu się dość dziwne, że zmarłą osobę
wiozą na oddzielną salę zamiast od razu zabrać do kostnicy.
„Lekarze powiedzieli mi, że operacja się udała.
Jednak z niewiadomych przyczyn jej serce nagle się zatrzymało. W takich
przypadkach musimy odczekać 24h, zanim orzekniemy zgon” - ona też była bardzo
przejęta. Trzęsły jej się ręce, a oczy wydawały się być ze szkła.
„Myślisz, że ona...”
„Da sobie radę” - przerwała mu szybko.
„Jest silna. A my nie możemy zwątpić. Wierzę, że do
nas wróci” - te słowa były dla niej najcięższe. Nie mogła powstrzymać płaczu,
więc przeprosiła Johna i szybko odeszła. Idąc wycierała łzy chusteczką.
John spojrzał na zegarek. Była 3:06 nad ranem.
Chwilę zastanawiał się, co dalej zrobić, ale zaraz zadecydował. Napisał SMS'a z
przeprosinami do Mary za zbyt długą nieobecność i udał się do sali 602.
------------------ [puśćcie tu sobie to: https://www.youtube.com/watch?v=aNzCDt2eidg
„Wchodząc do środka bał się jak nigdy w życiu.
Przecież widział tysiące trupów. Czemu go ruszało truchło zmarłej dziewczyny?
Był blady jak ściana. Ale jej twarz była o wiele bielsza. Nieruchome powieki,
usta zaciśnięte... w delikatny uśmiech. Wyglądała jak królewna Śnieżka lub
śpiąca królewna, chociaż pocałunek nic by tu nie zdziałał. Weronika nadal była
przyłączona do aparatury. John usiadł na krześle tuż obok łóżka.
„A więc kłamałaś. Zawsze powtarzałaś, że gardzisz
samolubstwem i zależy Ci na szczęściu innych. A teraz? Odeszłaś. Zostawiłaś nas.
Wolałaś stąd uciec, prawda? Nawet nie pomyślałaś o tym, co się stanie, jak
umrzesz... Molly, Mary i pani Hudson będą zalewać się łzami. Sherlock chyba
umrze ze smutku i tęsknoty za Tobą. A ja... Ja...” - nie wytrzymał, a łzy
spłynęły mu po policzkach. Próbował się opanować, ale na próżno.
„To była najbardziej samolubna rzecz jaką w życiu
zrobiłaś. Ale jeszcze możesz to naprawić... Proszę, wróć...”
„Chcę Cię przeprosić za całe Twoje cierpienie. To
wszystko przeze mnie... Jestem idiotą... Przepraszam...”
Zmęczenie sięgnęło zenitu. John już nie mógł
sztywno usiedzieć na krześle. Oparł więc ręce
i głowę o miękką kołdrę i usnął.
i głowę o miękką kołdrę i usnął.
-----------------
~Co znowu?~ - pomyślał John szukając budzika.
Pikający dźwięk dobijał go i denerwował.
~Nie dadzą się człowiekowi wyspać!~ - otworzył oczy
i zrozumiał, że wcale nie jest w domu,
a w szpitalu. Zaś pikający dźwięk to nie budzik, a maszyna podłączona do Weroniki. John spojrzał na monitor, który pokazywał już nie linię, a ciągle pulsujące, zielone sygnały.
a w szpitalu. Zaś pikający dźwięk to nie budzik, a maszyna podłączona do Weroniki. John spojrzał na monitor, który pokazywał już nie linię, a ciągle pulsujące, zielone sygnały.
~Ona żyje!~
- nie mógł w to uwierzyć, ale tak właśnie było. Spojrzał na zegarek. Była 6:00.
~Trzeba wracać, żeby przygotować się do pracy~ -
przetarł jeszcze senne oczy i spojrzał na nią serdecznie. Jej twarz już nie
była aż tak biała, jak kilka godzin temu. John poczuł ulgę i zrozumiał, że był
świadkiem cudu. Na pożegnanie pocałował ją w czoło i wyszedł w drzwiach mijając
Sherlocka.
----------------
Otworzyłam powoli oczy. Powieki wydawały mi się
ciężkie, jak z ołowiu. Pierwszym, co zobaczyłam, były błękitne oczy mojego
brata pilnie obserwujące każdy mój ruch. Kiedy tylko się obudziłam uśmiechnął
się szeroko i powiedział:
„Ale z Ciebie śpioch siostrzyczko!” - to zabrzmiało
aż zbyt miło, jak na niego. Jednak było to najzupełniej szczere. Mogłam mu
wybaczyć nadmierną uprzejmość, w końcu leżałam nieprzytomna kilka dni.
„Narobiłaś nam strachu. Wyobraź sobie, że rodzice
już chcieli Ci miejsce na cmentarzu rezerwować! Ale ich powstrzymałem, bo byłem
przekonany, że wyjdziesz z tego” - uśmiechnął się tajemniczo i kontynuował.
„Chyba będę musiał Ci streścić te wszystkie dni
nieobecności, bo przecież nic nie wiesz. Chyba nie powiesz mi, że te brednie o
obserwowaniu i byciu duchem, kiedy jest się jedną nogą na tamtym świecie, są
prawdą?”
„Wiesz... Gdybym powiedziała Ci, że widziałam, jak
się modlisz po swojemu trzymając mój różaniec i klęcząc w przedsionku
zamkniętego kościoła to jeszcze byś mi uwierzył, ale tak to...” - jego mina
była bezcenna! Myślałam, że się uduszę ze śmiechu. Sherlock Holmes chyba
nareszcie uwierzył
w Boga!
w Boga!
„Tylko pamiętaj, że dałeś mu słowo!”
„Wiem, wiem, ona ma naprawdę specyficzny styl bycia
i poczucie humoru, nie uważasz?”
________________
„Szach-mat”
„Jasna cholera, Mycroft!” - powiedziałam oburzona.
Znowu przegrałam!
„Poddaj się siostrzyczko, bo ze mną nigdy nie
wygrasz” - powiedział powoli z chytrym uśmieszkiem. Odkąd wprowadził się na
Baker Street nie mogłam wynaleźć innego wspólnego zajęcia, niż dedukcja i
szachy. Innych rozrywek nasz „najmądrzejszy” brat nie akceptował.
„Nigdy! Póki Cię nie pokonam, będziemy grać w
szachy dzień w dzień!
„Grozisz mi?”
Gromki śmiech wypełnił salon.
„Pamiętaj, że idziemy dzisiaj na kolację do
Sherlocka i Molly!”
„I bez żadnych wykrętów!” - powiedziałam widząc,
jak przewraca oczami.
„No już dobrze, dobrze... Przecież nie zostawię Cię
samej, tak jak Sherlock...”
„Przestań! Przecież każdy normalny człowiek
zakochuje się, zakłada rodzinę i w ogóle...”
„No ok, Sherlock nie jest normalny, ale Molly też
nie, więc do siebie pasują” - dopowiedziałam widząc jego minę.
„Czyli sugerujesz, że my jesteśmy nienormalni?”
„Cóż... wychodzi na to, że tak” - po chwili
zastanowienia dodałam:
„A może to inni są nienormalni, a my jedyni
jesteśmy zwyczajni?”
„Hahahah,
może lepiej zostańmy przy tej pierwszej wersji. Czuję się wtedy bardziej wyjątkowo”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz