czwartek, 8 listopada 2018

Cz.2


~I oto jest... słynny budynek 'My story'!~ pomyślałam wychodząc z taksówki. Przez całą drogę zastanawiałam się kto urządził mi tą urodzinową niespodziankę... Niestety nie znalazłam żadnej osoby, która mogłaby pasować do mentalności szantażysty. Jedno było pewne - jeśli nic nie zdziałam, to (kto by to nie był) zrobi krzywdę Johnowi i Sherlockowi.
Wchodząc do budynku zauważyłam to, że nadal nie odłączono prądu. Wydało mi się to dziwne, ale szłam dalej. Wiedziałam, że to swego rodzaju pułapka, ale nie miałam lepszego pomysłu. Wsiadłam do otwartej windy, w której widniała karteczka napisana niestarannie przez Johna... Wszędzie bym poznała jego pismo. A więc to najpierw jego porwał, żeby zwabić Sherlocka...
 „Co do...?” W pewnym momencie w windzie zaczęła grać muzyczka „Happy birthday to you”, a na małym ekranie pojawiła się twarz Moriartiego... To już stawało się trochę straszne... Po plecach przeszedł mnie dreszcz.
~Jeśli to nie Moriarty, to w takim razie kto?~ Ta myśl nie dawała mi spokoju. W końcu winda się zatrzymała.
~No wyżej się nie dało!~ pomyślałam widząc, że to ostatnie piętro budynku.
Gdy drzwi się otworzyły zobaczyłam Sherlocka stojącego na środku holu. Bardzo się ucieszyłam i pobiegłam do niego od razu żeby sprawdzić, czy z nim wszystko w porządku. Widząc jego minę i ręce trzymane za sobą zrozumiałam, że nie powinnam nic mówić, ani nawet do niego podchodzić. Stanęłam więc w pewnej odległości i pytającym spojrzeniem zajrzałam w jego głębokie błękitne oczy.
~John jest w niebezpieczeństwie~ pomyślałam. Sherlock spojrzał na sufit. Wtedy wszystko zrozumiałam. Ten dziwak cały czas nas obserwował i widocznie wcześniej zabronił detektywowi ze mną rozmawiać i robić cokolwiek bez jego pozwolenia. Przy suficie umocowane były nieduże skrzynki. Nie wiedziałam, do czego miały służyć, ale widocznie zamontował je ten maniak.
„Ojej, nawet się nie przywitacie?” - powiedział szyderczo jakiś męski głos.
~Zaraz, zaraz - ten głos! Skądś go znam... Tylko skąd...~ moje myśli wirowały jak szalone. Chciałam się skupić, ale ten idiota nadal nawijał. Nawet nie zdążyłam wejść do komnaty umysłu...
„Hahah, nie, nie panie Holmes, tylko sobie żartuję. Jestem z pana dumny, że nie złamał pan zasad mojej gry...” - widziałam, jak Sherlock nie może się powstrzymać od wypowiedzenia czegoś na głos. Jego mina zdradzała wszystko.
„Jakiej gry!? Chyba kpisz! Najpierw ich porywasz, a teraz pierdzielisz coś o grze?! Mam dzisiaj urodziny i chciałam je spędzić w gronie przyjaciół i bliskich, a nie z jakimś grubasem grając w głupie gierki! A tak w ogóle, to czemu mi to robisz? Kim do cholery jesteś?!” - nie mogłam w ciszy słuchać jakiejś głupiej przemowy. Miałam już tego serdecznie dość.
„Ooo, czyżbyś mnie nie pamiętała panienko? Ja tylko chcę spełnić Twoje ostatnie życzenie... wcielić je w życie razem z moim pomysłem”

------------------------------------------   [Wspomnienia]
[Tutaj puśćcie sobie tą piosenkę: https://www.youtube.com/watch?v=cgqOSCgc8xc ]

„Bardzo panią przepraszam, ale to naprawdę nie ma sensu... Ta terapia naprawdę nic pani nie dała. Wciąż jest tak, jak było na początku...” - tymi słowami pożegnała mnie dzisiaj moja terapeutka. Odmówiła mi dalszych spotkań. Widocznie moja psychika jest nie do uleczenia... Cóż - Mycroft nie będzie zadowolony - w końcu to on fundował mi całą terapię.
Nie za bardzo wiedziałam, co mam ze sobą zrobić.
~Sherlock wylatuje dopiero za dwie godziny...~ Wsiadłam do taksówki i takim sposobem znalazłam się na Baker Street.
Słysząc dźwięk otwieranych drzwi pani Hudson wyszła ze swojego mieszkania i widząc mnie zapytała ze zdziwieniem: „Ooo, co tak szybko? Pani Linsen nie miała dzisiaj weny?” - uśmiechnęła się do mnie serdecznie i dodała: „To nic - najwyżej dzisiaj wypijemy herbatkę godzinę wcześniej, niż zakładałyśmy  - co Ty na to?” Byłam zbyt zamyślona, żeby jej odpowiedzieć. Przytaknęłam więc skinięciem głowy i lekkim, udawanym uśmiechem.
Kiedy znalazłam się na górze w końcu coś we mnie pękło... Diagnoza pani terapeutki była trafna - wiedziałam to. Wiedziałam to od początku, nawet zanim zaczęłam spotkania... Biedna pani Linsen próbowała mi pomóc, ale jej starania z góry były skazane na porażkę... Czasem żałowałam, że moja pamięć, to nie twardy dysk, z którego dałoby się wykasować parę szkodliwych wspomnień... Nawet się nie zorientowałam kiedy do oczu napłynęły mi łzy. Ciepłe strużki spływały po moich policzkach jak wody Tamizy. Ogarnęła mnie taka rozpacz i bezsilność, że oparłam się o ścianę i osunęłam się na podłogę. Siedziałam tak kilka minut wahając się, czy to zrobić. W końcu uznałam, że wszystkie okoliczności temu sprzyjają - Sherlock wyjeżdża, a John zagląda tu tak sporadycznie, że nawet nie zauważy, że kogoś brakuje... Z kieszeni płaszcza wyjęłam pistolet. Przyłożyłam go sobie do klatki piersiowej tak, żeby kula trafiła prosto w serce.
~To będzie szybkie. Nic nie poczujesz... A nawet jeśli, to będzie to mniej bolesne niż rana
w Twoim sercu...~ Już miałam pociągnąć za spust, kiedy usłyszałam kroki pani Hudson dobiegające
z parteru.
„No, idziesz kochanie? Herbata już gotowa!” Nie, nie mogłam jej tego zrobić... Miałaby traumę związaną z tym pokojem... Byłoby jej przykro, że to zrobiłam... W końcu kto chciałby mieć tapetę ubrudzoną czerwonym kolorem! Doliczyłaby to Sherlockowi do czynszu... Schowałam broń z powrotem do kieszeni i podniósłszy się otrzepałam kurtkę i wyszłam.
„Oo, nareszcie! Już myślałam, że o mnie zapomniałaś!” - powiedziała gosposia. Uśmiechnęła się i spojrzała na mnie badawczo.
„Co Ci się stało? Płakałaś?” - dopytywała zatroskanym głosem przypatrując się zaczerwienionemu białku.
„Nie, to tylko alergia. Jaką herbatkę pijemy dzisiaj?” - musiałam szybko zmienić temat, żeby uniknąć zbędnych pytań.

 ________________________

„Muszę już iść...” - powiedziałam stawiając pustą filiżankę na spodku.
„Oh, tak szybko?” - pani Hudson kochała przebywać w moim towarzystwie - w końcu byłam
w tym domu oprócz niej jedyną kobietą.
„Niestety - Sherlock już niedługo odlatuje, a ja nawet się z nim nie pożegnałam...”
„Chwila, a czy przypadkiem Mycroft Ci tego nie zabronił?” - fakt. On wiedział, że pewnie wywinę numer i jakimś cudem znajdę się w samolocie. Gosposia widząc mój tajemniczy uśmieszek powiedziała:
„Oh dobrze, idź! Ja Ci pozwalam!” Wymieniłyśmy porozumiewawcze miny i wyszłam, a raczej wybiegłam z mieszkania.
„Taxi! Do szpitala św. Bartłomieja!”

________________________

„Molly, muszę wejść na dach” - wiedziałam, że choć jej nie wolno, to mi pomoże. Przecież przyjaźniłyśmy się już od jakiegoś czasu.
 „Oh, tak, Sherlock coś mi rano o tym wspominał. Weź je i przemknij się tak, żeby nikt Cię nie zauważył” - podała mi pęk kluczy. Wiedziała, że ma po mnie przylecieć helikopter i że na następnym lotnisku przesiadam się do samolotu Sherlocka. Tylko ona została wtajemniczona.
„Dzięki!” - wzięłam od niej klucze i poszłam na górę.

________________________

~Niezły widok miał Sherlock, kiedy zastanawiał się nad skokiem~ - siedziałam tu już jakiś czas. Umarłabym z nudy, gdyby nie to, że to dach szpitala był miejscem ostatecznej rozgrywki z Moriarty'm. Analizowałam wszystko tak, jak mi opisał detektyw. To było cholernie ciekawe. Jakim cudem mnie tam wtedy nie było?! No tak... Mycroft musiał mnie zabrać na kilka dni do siebie pod pretekstem papierkowej roboty, a tak na prawdę to nie chciał, żebym poznała ich plan. Nawet im się udało - nabrali mnie. Ale jakbym zeszła na zawał, to by już nie było tak fajnie...
~To był zły pomysł wychodzić tak wcześnie...~ - właśnie kończyłam 'rekonstruować' całą akcję. Ostatnią rzeczą był skok. Stanęłam w miejscu, gdzie kiedyś stał on. Popatrzyłam w dół. Na chwilę wpadł mi do głowy idiotyczny pomysł, ale szybko odgoniłam niepokojące myśli. Nagle zakręciło mi się
w głowie i niebezpiecznie przechyliłam się o mało co nie tracąc równowagi. Na szczęście ktoś szarpnął mnie za rękaw i przywrócił prawidłową pracę błędnika.
„Oj nie radzę... Skakanie z tego miejsca było modne kilka lat temu...” - a więc to jakiś mężczyzna.
~Kim on jest i co on tu robi?~ No tak, zostawiłam otwarte drzwi... Odwróciłam głowę, żeby go zobaczyć. Był starszym człowiekiem przy kości. Nie wyglądał mi na pracownika szpitala, a tym bardziej nie na jakiegoś pacjenta. Był ubrany z strój biurowy. ~To tłumaczy jego otyłość...~
Powoli zeszłam z krawędzi i usiadłam tak, że moje nogi zwisały bezwładnie z wysokiego budynku.
„Jeśli chcesz się zabić, to polecam tradycyjne sposoby - nóż kuchenny, jakaś trutka...”
~Myśli, że chcę się zabić... No to się zabawimy~ Wnet zrozumiałam, że w sumie to zamierzałam to zrobić... chociaż teraz było to nieumyślnie. Ale jeśli już, to przed śmiercią chciałam dowiedzieć się czegoś o tym dziwnym osobniku. Wyjęłam z kieszeni pistolet. On widząc to powiedział:
„... albo pistolet jak sobie kto życzy...” Widocznie zdziwił się, że ktoś taki jak ja może posiadać broń. Mężczyzna usiadł obok mnie z tą różnicą, że był odwrócony w drugą stronę niż ja.
„Hmm... Jak już tu jesteś, to chciałbym się o coś Ciebie zapytać... Nie znam Cię i nie wiem, jaka jesteś, ale tej tajemnicy na pewno nie wydasz...” - zaśmiał się pod nosem. Naprawdę myślał, że się zabiję, ale widocznie się tym nie przejmował...
„A więc tak... wyobraź sobie, że jest sobie dwóch ludzi - jeden spokojny, cichy i jest lekarzem, a drugi - mądrala i psychopata”
~Chyba wysokofunkcyjonalny socjopata kretynie~ - dodałam w myślach. Wiedziałam, że mówi o Johnie i Sherlocku, ale czemu? Przecież nie wie, z kim rozmawia.
„Mimo wielkich różnic zostali przyjaciółmi. I tutaj nurtuje mnie pytanie: Jak zareaguje jeden na śmierć drugiego? Bo wiesz, dzięki mojemu szefowi dostałem połowę odpowiedzi. Brakuje mi tylko tego - co zrobi mądrala bez doktorka? Jak myślisz?” - przez cały czas tego monologu bawiłam się pistoletem - nawet udawałam, że już chcę strzelić. Jego to nic nie ruszało... Widocznie naprawdę uratował mnie tylko dlatego, bo brakowało mu cudzej, bezstronnej opinii. Jego wypowiedź i pytanie mnie zamroziły. Zastanawiałam się co zamierza zrobić? Wiedziałam, że to teraz John jest w niebezpieczeństwie.
„Nic” - odpowiedziałam podnosząc się z miejsca. Schowałam pistolet i powolnym krokiem zbliżałam się do wyjścia.
„Nic!!? Jak to nic? Uważasz, że mądrala nie ma uczuć?”
 „Nie, po prostu nie pozwolę Ci zrobić im krzywdy” - na te słowa mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie - wyglądał na zdumionego.
„Ah, teraz rozumiem... Młodziutka fanka Sherlocka Holmes'a! Czyli niepotrzebnie używałem tych wszystkich uproszczeń. No proszę, nie spodziewałem się!” - ten człowiek był widocznie z siebie zadowolony. Nie wiedział, że trafił tak, jak ślepy na strzelnicy.
„Dedukcję lepiej zostaw lepszym od siebie! Szef chyba nie byłby z Ciebie dumny - biedny Moriarty się w grobie przewraca!” - już nie patrzyłam za siebie i szybkim krokiem poszłam do Molly oddać jej klucze i powiedzieć o niechcianym gościu na dachu.

___________________

„O matko, dobrze, że jesteś!” - Molly wyglądała na przerażoną - była bledsza niż zawsze! (nawet nie wiedziałam, że to możliwe)
„Co się stało?” - bałam się, że chodzi o Sherlocka.
„Moriarty wrócił!”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz