czwartek, 8 listopada 2018

Cz.10


Oceanarium wydawało się być naprawdę ogromne. Czułam się jak mała myszka w odmętach oceanu. Już miałam w myślach ciekawą metaforę dotyczącą życia i śmierci, kiedy moje rozmyślenia przerwał John, mijając mnie w przejściu. Może i oceanarium było wielkie, ale liczbę wejść miało ograniczoną. A ja, jako, że ze sprawą nie miałam nic wspólnego, a chciałam jakkolwiek pomóc, to teraz tkwiłam tutaj stojąc na czatach.
~Coś im długo schodzi... Niech się w końcu przyzna i będzie po kłopocie...~ pomyślałam trochę zniecierpliwiona. Wyobraźnia wyobraźnią, ale gapienie się na rybki to nie moja bajka.
Nagle usłyszałam huk.
~Co jest?~
Miałam w głowie masę przypuszczeń, ale stawiałam na to, że babcia zaczęła sobie nieźle pogrywać i ktoś nie chcąc narobić tutaj bałaganu (chyba nikt nie lubi pływać w basenie z rekinami) po prostu ją postrzelił. Tak w razie czego.
Jednak instynkt podpowiadał mi, że stało się coś złego. Rzeczywiście coś było nie tak.
W powietrzu czuć było napięcie, a głosy w głębi oceanarium mieszały się coraz bardziej. Nie szło rozróżnić o co chodziło, bo dźwięk rozchodził się po szklanych ścianach i odbijał się echem. W tym czasie w mojej głowie toczyła się bitwa z myślami - iść tam i zobaczyć co zaszło, czy, jak mój wielmożny brat przykazał, stać dalej na straży. Ostatecznie stwierdziłam, że ja przecież i tak nigdy do końca się nie podporządkowuję.
Ruszyłam w stronę, z której najpewniej dobiegały głosy. Wcześniej widziałam plan oceanarium, więc wiedziałam, dokąd udali się wszyscy.
~To już tu, za zakrętem~
Przyspieszyłam kroku, ale jakaś dziwna moc odpychała mnie od tego miejsca. Bałam się wyjrzeć. Bałam się zobaczyć, co naprawdę się stało. To wyglądało tak, jakbym chciała zachować cichą, słodką niewiedzę i poczucie, że... oni wszyscy tam są. Cali i zdrowi.
I nagle czar prysł, a tajemniczy ocean stał się jak wnętrze ciemnego grobu. Ona nie żyła. Nie żyła na prawdę.

---------------------------------
Przetarłam nos chusteczką. Padało. Twarz tak czy siak była mokra, a przechodniów widocznie nie obchodziło, czy to krople, czy łzy.
Ile to już? Tydzień? Miesiąc? Sama nie wiem... Dla mnie czas zatrzymał się w tamtej chwili. Wtedy, gdy umarła moja jedyna prawdziwa przyjaciółka. Teraz wszystko mi o niej przypominało - nawet nieistotne, przypadkowe słowa rzucane przez ludzi. Czułam wtedy coś, co trudno było powstrzymać. Jednak zawsze powtarzałam sobie, że przecież nie mogę się tak po prostu rozpłakać przy obcych ludziach.
Zadzwonił telefon. To Molly.
„Cześć”
„Hej, co tam?”
 „Weronika, ja... mam do Ciebie prośbę... Masz może czas? Mam na myśli ok. 3 godzin”
„Tak, jasne. Co się dzieje?”
„Wiesz, to dość delikatna sprawa... Bo od 15 minut powinnam już być w pracy, a Rosie nie może zostać sama”
„To Ty nadal jej pilnujesz? John miał załatwić opiekunkę!”
„Nie złość się na niego... Śmierć Mary bardzo go podłamała”
„Wiem, ale do kroćset! Przecież Ty masz własne życie! Nie martw się - już do Ciebie jadę!”

-----------------------------------
„Gdzie jest John?”
„Nie wiem. Nie powiedział, gdzie wychodzi”
„Dużo razy już Cię tak z nią zostawiał?”
„Tak. To znaczy...”
„Już, już, nie tłumacz się. Molly - nie daj się! Ja wiem, że John Cię o to poprosił, a Ty nie potrafisz odmówić pomocy - taka już jesteś. Ale nie dawaj się tak wykorzystywać! No już - leć do pracy, bo jesteś spóźniona - zajmę się małą. I nie przejmuj się niczym - teraz ja złapię za stery, a Ty idź się porządnie wyspać i zrelaksować, ok?”
Molly delikatnie pokiwała głową. Widziałam, jak łamało się jej serce na samą myśl o małej, biednej, niewinnej istotce leżącej w sypialni. Gdyby nie to, że była jeszcze zbyt mała, aby zrozumieć, czułaby się samotna.
„Dziękuję... Ratujesz nam życie” - przytuliłam ją mocno.
„Nie ma za co kobieto”

----------------------------------
„Hej, Molly, możesz już iść do domu! Przepraszam, że mnie tak długo nie było... Jakoś tak wyszło...”
„Nic nie szkodzi” - przerwałam, wychodząc mu na spotkanie – „Już sobie poradziłyśmy”
„Hope? Co Ty tu robisz?”
„Zajmuję się Rosie - tak, jak na ciotkę przystało. Już śpi - nie przejmuj się”
„A co z Molly?”
„Musiałam ją zastąpić, bo dzisiaj miała zmianę. Ona pracuje John. Ma życie”
„Wiem... głupio wyszło... miałem zatrudnić opiekunkę, ale...”
„Spoko - już nie musisz”
„Jak to? Znalazłaś kogoś?”
„Można tak to ująć. Masz przed sobą bezrobotną, która chętnie zajmie się małą, uroczą istotką”
„Ja... dziękuję. Mam trudny czas...”
„Wiem. Rozumiem. Ale John - życie idzie do przodu. Musisz się ogarnąć i zacząć myśleć
o przyszłości swojej i Rosie. Jeśli sam nie jesteś w stanie tego zrobić, to przynajmniej daj sobie pomóc!”
„Co masz na myśli?”
„Nie zadzwoniłeś do mnie ze względu na Sherlocka, wiem to. John... naprawdę nie powinieneś obwiniać go o jej śmierć - przecież to nie jego wina!”
„Mylisz się... mylisz się i to bardzo...”
„A co niby zrobił? Kazał jej skoczyć na ratunek? Przywiązał ją tak, żeby go osłoniła?!”
„Miał ją chronić! Obiecał!”
Widziałam pulsujący gniew w jego oczach. Gniew i ból.
„To był jej wybór John. Przemyśl to” - powiedziałam spokojnie.
„Przepraszam Cię Hope... naprawdę przepraszam... nie chciałem... ja...” - podeszłam do niego i spojrzałam mu głęboko w oczy.
„Cii... wiem John, wiem” -  przytuliłam go do siebie. Potrzebował teraz kogoś, komu mógłby się wypłakać, jak dziecko. Komu mógłby się wygadać, jak przyjacielowi. W końcu nadal nimi byliśmy.
I tak się stało. Przez całą noc rozmawialiśmy o wszystkim, co go trapiło, siedząc na kanapie. To była luźna, aczkolwiek poważna rozmowa.
„A ta kobieta na przystanku... Ona... Miałaś rację. To nie mogło się dobrze skończyć”
„Ty... Doszło do czegoś między wami?”
„Nie... To były tylko SMS-y, ale... i tak mi głupio... Jakim ja jestem idiotą...”
„Każdy jest” - podsumowałam. Nie chciałam go dobijać prawieniem kazań. Widziałam, że naprawdę żałuje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz