Oceanarium wydawało się być naprawdę ogromne.
Czułam się jak mała myszka w odmętach oceanu. Już miałam w myślach ciekawą
metaforę dotyczącą życia i śmierci, kiedy moje rozmyślenia przerwał John,
mijając mnie w przejściu. Może i oceanarium było wielkie, ale liczbę wejść
miało ograniczoną. A ja, jako, że ze sprawą nie miałam nic wspólnego, a
chciałam jakkolwiek pomóc, to teraz tkwiłam tutaj stojąc na czatach.
~Coś im długo schodzi... Niech się w końcu przyzna
i będzie po kłopocie...~ pomyślałam trochę zniecierpliwiona. Wyobraźnia
wyobraźnią, ale gapienie się na rybki to nie moja bajka.
Nagle usłyszałam huk.
~Co jest?~
Miałam w głowie masę przypuszczeń, ale stawiałam na
to, że babcia zaczęła sobie nieźle pogrywać i ktoś nie chcąc narobić tutaj
bałaganu (chyba nikt nie lubi pływać w basenie z rekinami) po prostu ją
postrzelił. Tak w razie czego.
Jednak instynkt podpowiadał mi, że stało się coś
złego. Rzeczywiście coś było nie tak.
W powietrzu czuć było napięcie, a głosy w głębi oceanarium mieszały się coraz bardziej. Nie szło rozróżnić o co chodziło, bo dźwięk rozchodził się po szklanych ścianach i odbijał się echem. W tym czasie w mojej głowie toczyła się bitwa z myślami - iść tam i zobaczyć co zaszło, czy, jak mój wielmożny brat przykazał, stać dalej na straży. Ostatecznie stwierdziłam, że ja przecież i tak nigdy do końca się nie podporządkowuję.
W powietrzu czuć było napięcie, a głosy w głębi oceanarium mieszały się coraz bardziej. Nie szło rozróżnić o co chodziło, bo dźwięk rozchodził się po szklanych ścianach i odbijał się echem. W tym czasie w mojej głowie toczyła się bitwa z myślami - iść tam i zobaczyć co zaszło, czy, jak mój wielmożny brat przykazał, stać dalej na straży. Ostatecznie stwierdziłam, że ja przecież i tak nigdy do końca się nie podporządkowuję.
Ruszyłam w stronę, z której najpewniej dobiegały
głosy. Wcześniej widziałam plan oceanarium, więc wiedziałam, dokąd udali się
wszyscy.
~To już tu, za zakrętem~
Przyspieszyłam kroku, ale jakaś dziwna moc
odpychała mnie od tego miejsca. Bałam się wyjrzeć. Bałam się zobaczyć, co
naprawdę się stało. To wyglądało tak, jakbym chciała zachować cichą, słodką niewiedzę
i poczucie, że... oni wszyscy tam są. Cali i zdrowi.
I nagle czar prysł, a tajemniczy ocean stał się jak
wnętrze ciemnego grobu. Ona nie żyła. Nie żyła na prawdę.
---------------------------------
Przetarłam nos chusteczką. Padało. Twarz tak czy
siak była mokra, a przechodniów widocznie nie obchodziło, czy to krople, czy
łzy.
Ile to już? Tydzień? Miesiąc? Sama nie wiem... Dla
mnie czas zatrzymał się w tamtej chwili. Wtedy, gdy umarła moja jedyna prawdziwa
przyjaciółka. Teraz wszystko mi o niej przypominało - nawet nieistotne,
przypadkowe słowa rzucane przez ludzi. Czułam wtedy coś, co trudno było
powstrzymać. Jednak zawsze powtarzałam sobie, że przecież nie mogę się tak po
prostu rozpłakać przy obcych ludziach.
Zadzwonił telefon. To Molly.
„Cześć”
„Hej, co tam?”
„Weronika,
ja... mam do Ciebie prośbę... Masz może czas? Mam na myśli ok. 3 godzin”
„Tak, jasne. Co się dzieje?”
„Wiesz, to dość delikatna sprawa... Bo od 15 minut
powinnam już być w pracy, a Rosie nie może zostać sama”
„To Ty nadal jej pilnujesz? John miał załatwić
opiekunkę!”
„Nie złość się na niego... Śmierć Mary bardzo go
podłamała”
„Wiem, ale do kroćset! Przecież Ty masz własne
życie! Nie martw się - już do Ciebie jadę!”
-----------------------------------
„Gdzie jest John?”
„Nie wiem. Nie powiedział, gdzie wychodzi”
„Dużo razy już Cię tak z nią zostawiał?”
„Tak. To znaczy...”
„Już, już, nie tłumacz się. Molly - nie daj się! Ja
wiem, że John Cię o to poprosił, a Ty nie potrafisz odmówić pomocy - taka już
jesteś. Ale nie dawaj się tak wykorzystywać! No już - leć do pracy, bo jesteś
spóźniona - zajmę się małą. I nie przejmuj się niczym - teraz ja złapię za
stery, a Ty idź się porządnie wyspać i zrelaksować, ok?”
Molly delikatnie pokiwała głową. Widziałam, jak
łamało się jej serce na samą myśl o małej, biednej, niewinnej istotce leżącej w
sypialni. Gdyby nie to, że była jeszcze zbyt mała, aby zrozumieć, czułaby się
samotna.
„Dziękuję... Ratujesz nam życie” - przytuliłam ją
mocno.
„Nie ma za co kobieto”
----------------------------------
„Hej, Molly, możesz już iść do domu! Przepraszam,
że mnie tak długo nie było... Jakoś tak wyszło...”
„Nic nie szkodzi” - przerwałam, wychodząc mu na
spotkanie – „Już sobie poradziłyśmy”
„Hope? Co Ty tu robisz?”
„Zajmuję się Rosie - tak, jak na ciotkę przystało.
Już śpi - nie przejmuj się”
„A co z Molly?”
„Musiałam ją zastąpić, bo dzisiaj miała zmianę. Ona
pracuje John. Ma życie”
„Wiem... głupio wyszło... miałem zatrudnić
opiekunkę, ale...”
„Spoko - już nie musisz”
„Jak to? Znalazłaś kogoś?”
„Można tak to ująć. Masz przed sobą bezrobotną,
która chętnie zajmie się małą, uroczą istotką”
„Ja... dziękuję. Mam trudny czas...”
„Wiem. Rozumiem. Ale John - życie idzie do przodu.
Musisz się ogarnąć i zacząć myśleć
o przyszłości swojej i Rosie. Jeśli sam nie jesteś w stanie tego zrobić, to przynajmniej daj sobie pomóc!”
o przyszłości swojej i Rosie. Jeśli sam nie jesteś w stanie tego zrobić, to przynajmniej daj sobie pomóc!”
„Co masz na myśli?”
„Nie zadzwoniłeś do mnie ze względu na Sherlocka,
wiem to. John... naprawdę nie powinieneś obwiniać go o jej śmierć - przecież to
nie jego wina!”
„Mylisz się... mylisz się i to bardzo...”
„A co niby zrobił? Kazał jej skoczyć na ratunek?
Przywiązał ją tak, żeby go osłoniła?!”
„Miał ją chronić! Obiecał!”
Widziałam pulsujący gniew w jego oczach. Gniew i
ból.
„To był jej wybór John. Przemyśl to” - powiedziałam
spokojnie.
„Przepraszam Cię Hope... naprawdę przepraszam...
nie chciałem... ja...” - podeszłam do niego i spojrzałam mu głęboko w oczy.
„Cii... wiem John, wiem” - przytuliłam go do
siebie. Potrzebował teraz kogoś, komu mógłby się wypłakać, jak dziecko. Komu
mógłby się wygadać, jak przyjacielowi. W końcu nadal nimi byliśmy.
I tak się stało. Przez całą noc rozmawialiśmy o
wszystkim, co go trapiło, siedząc na kanapie. To była luźna, aczkolwiek poważna
rozmowa.
„A ta kobieta na przystanku... Ona... Miałaś rację.
To nie mogło się dobrze skończyć”
„Ty... Doszło do czegoś między wami?”
„Nie... To były tylko SMS-y, ale... i tak mi głupio...
Jakim ja jestem idiotą...”
„Każdy jest” - podsumowałam. Nie chciałam go
dobijać prawieniem kazań. Widziałam, że naprawdę żałuje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz