czwartek, 8 listopada 2018

Cz.5


Od tamtej pory spędzaliśmy ze sobą więcej czasu - nie tylko ze względu na to, że Weronika zamieszkała z nami na stałe i zajęła stanowisko asystentki Sherlocka, ale także dlatego, że niedługo potem zostaliśmy parą. Bardzo dobrze się ze sobą dogadywaliśmy. Nasz związek był najdłuższym związkiem, jaki do tej pory miałem. Dzięki tej dziewczynie zrozumiałem na czym polega prawdziwa miłość - taka bezinteresowna, kiedy najważniejszą dla Ciebie rzeczą jest przebywanie z tą osobą, niewinne pocałunki i świadomość, że druga osoba jest szczęśliwa. Gdyby Moriarty wiedział o Weronice, pewnie nazwałby ją tak, jak Sherlocka. Ale mi to nie przeszkadzało - postanowiliśmy zostawić niektóre rzeczy na „po ślubie”. Przecież tak czy siak ją kochałem.
Pewnego dnia zaręczyliśmy się i chcieliśmy ustalić datę ślubu, więc poszliśmy do Sherlocka, jednak jego reakcja trochę nas zdziwiła...

-----------------------
„Nie możecie teraz się pobrać” - powiedział spokojnie nie odrywając wzroku od monitora.
„Jak to?” - powiedzieliśmy prawie równocześnie.
„Zwyczajnie. To nie pora na świętowanie. Moriarty coś szykuje. I to coś dużego. Nie możemy narażać panny młodej na niebezpieczeństwo, prawda John? Chyba oboje to rozumiecie” - w tej chwili zrozumiałem, że będzie niebezpiecznie i zapewne Sherlock będzie chciał wysłać siostrę na jakiś czas do Mycrofta. I tak właśnie się stało. Następnego dnia wróciliśmy do starej normy - tylko ja i Sherlock - nikt już nam nie szykował pysznych kolacji ani podwieczorków... Pocieszała mnie myśl, że jak tylko Moriarty trafi do pudła, to Weronika wróci i już nikt nie popsuje naszych planów. Nie wiedziałem, jak bardzo się wtedy myliłem...

------------------------
Jeszcze przed jej odjazdem postanowiliśmy zrobić taki prowizoryczny ślub. Najpierw poszliśmy do urzędu, żeby wziąć ślub cywilny (od tej pory moja ukochana nazywała się Weronika Hope Holmes Watson - w skrócie WHHW), a potem przez cały wieczór odwiedzaliśmy różne znane nam knajpy
i jedliśmy różne smakołyki lub po prostu piliśmy herbatę. Przed północą poszliśmy na rynek
i stworzyliśmy coś na wzór przysięgi małżeńskiej, tylko w naszym wydaniu. Polegało to na tym, że na zmianę mówiliśmy, co sobie przysięgamy i bynajmniej nie było to zwyczajne.
„... i że nigdy nie pozwolę Ci umrzeć!” - powiedziała na koniec naszej długiej wyliczanki.
Pocałunek o północy przypieczętował przysięgę wierności.

-----------------------
„Halo”
„Hej John! Widzę, że się niecierpliwisz! Nie martw się - właśnie do Was jadę. Mycroft dał mi tyle papierkowej roboty, że nie wychodziłam z biura prawie przez tydzień!” - zaśmiała się lekko, jednak jej śmiech w słuchawce nie brzmiał tak, jak w rzeczywistości. Tak bardzo jej teraz potrzebowałem, ale... ona jeszcze nie wiedziała o tym, co zaszło. To ja miałem jej przekazać smutną wiadomość.
~Czemu to muszę być ja!?~ - to pytanie kołatało się w mojej głowie, a ja nie miałem serca
i odwagi, żeby jej to powiedzieć.
To super, cieszę się, że wracasz, ale ja nie w tej sprawie... Ja... muszę Ci coś powiedzieć” - w tej chwili coś mocniej ścisnęło mnie za gardło.
John? Co jest? Coś się stało? Twój głos... Czy chodzi o Sherlocka? Co mu jest?” - wiedziałem, że w końcu muszę to z siebie wydusić.
Sherlock nie żyje” - po tych słowach usłyszałem tylko dźwięk upadającej komórki.

-----------------------
Śmierć Sherlocka była dla nas katastrofą. Oboje byliśmy załamani, ale staraliśmy się wspierać. Tylko dzięki niej nie popadłem w depresję. Widziałem jej cierpienie większe od mojego, jej opuchnięte, czerwone oczy i policzki mokre od łez. Była w o wiele gorszym stanie, niż ja. Nie chciała jeść, mało piła i prawie w ogóle się nie uśmiechała.
W końcu nadszedł dzień pogrzebu. Przy grobie zostaliśmy tylko ja, ona i pani Hudson. Wszyscy hamowali łzy. Widziałem, że ona już dłużej nie może.
„John, ja już idę. Poczekam na Was przy wyjściu...’ - powiedziała i szybko się oddaliła. Wiedziałem, że zapewne stanie w którejś alejce i zacznie płakać. Mimo to nie pobiegłem za nią. Nie lubiła, kiedy ktoś widzi ją w tym stanie. Wolała płakać w samotności.
Gdy wróciliśmy do domu Weronika oznajmiła mi, że musi wyjechać na jakiś czas. Z tego co powiedziała zrozumiałem, że jeśli nie wyjedzie, to zginą niewinne osoby. Pewnie jakiś człowiek groził jej wtedy, gdy była sama na cmentarzu, chociaż nie chciała się do tego przyznać. Nie chciałem, żeby jechała, ale musiałem jej na to pozwolić. Potrzebowałem jej teraz najbardziej i nie wiedziałem, jak sobie bez niej poradzę, jednak szanowałem jej decyzję, bo wiedziałem, że nie robiłaby tego, bez powodu.

-----------------------   [wspomnienie Weroniki]
Nie mogłam dłużej zatrzymywać łez. Nie mogłam patrzeć na ten nagrobek z myślą, że tam
w trumnie leży mój brat... Raz po raz czytałam napis na nagrobku, jakby chcąc znaleźć jakąś literówkę i zdać sobie sprawę, że to nie on umarł, że ktoś inny tutaj leży o podobnym imieniu i nazwisku... Na próżno. Za każdym razem ten sam napis: „Sherlock Holmes”. Im dłużej go czytałam, tym głębiej zapisywał się on w mojej pamięci, aż w końcu naprawdę dotarło do mnie, że go nigdy więcej nie zobaczę. Uciekłam stamtąd rzucając jakieś szybkie wyjaśnienie.
Szłam alejką pogrążona w smutku - widok zasłaniał mi potok łez, którego nie mogłam zatrzymać. Nagle ktoś złapał mnie od tyłu i mocno zatkał usta ręką. Byłam przerażona, ale
i sparaliżowana strachem. Czemu się nie broniłam? Mój mózg nie wiedzieć czemu mówił mi, że to on. To było tak absurdalne, ale zatrzymywało moje reakcje. W głowie miałam całkowity mętlik. To przecież było niemożliwe!
„Proszę Cię, nie krzycz. To tylko ja” - myślałam, że mam omamy. To był jego głos! Mężczyzna powoli wyzwolił mnie z uścisku. Odwróciłam się, żeby go zobaczyć i prawie umarłam na zawał. Sherlock żyje! Bez słowa rzuciłam się mu na szyję i przytuliłam tak mocno, że mało co go nie udusiłam.
 „Sherlock! Boże kochany, co Ty tu robisz?! Jak to się stało? Czyli jednak przeżyłeś? Musimy powiedzieć Johnowi i pani Hudson, oni nadal myślą, że nie żyjesz” - byłam tak szczęśliwa, że już miałam zamiar pobiec i powiedzieć wszystkim dobrą nowinę. Jednak zatrzymał mnie chłodny zakaz brata.
„I niech tak zostanie” - powiedział nie patrząc mi w oczy.
„Co?! Ty chyba zgłupiałeś! Oni się tam zamartwiają - John odchodzi od zmysłów - a Ty nie chcesz im powiedzieć, że żyjesz!?” - byłam zbulwersowana jego zachowaniem.
„Zrozum, nie mogę tego zrobić... Muszę zniknąć na jakiś czas... Trzeba rozpracować siatkę Moriartiego. Nikt nie może się o mnie dowiedzieć”
„W takim razie czemu ja mam wiedzieć, a John nie? Uważasz, że wygada? Jak możesz!?”
„Jesteś mi potrzebna”
„Ja? Niby po co?”
„Mycroft podstawi mi samolot za trzy godziny. Lecę na misję, która skończy się dla mnie za rok, jeśli mi nie pomożesz”
 ~Czyli Mycroft o wszystkim wiedział?! To dlatego nie było go na pogrzebie...~
 „Nie mogę wyjechać. John mnie teraz potrzebuje. Jeśli nie masz zamiaru powiedzieć mu prawdy, to nadal będzie załamany - nie mogę go tak zostawić!”
„Rozumiem... Ale wiedz, że jeśli ze mną nie pojedziesz, to jest duże prawdopodobieństwo, że zginę, teraz już naprawdę. Potrzebuję pomocy” - Sherlock postawił mnie w okropnej sytuacji. Stanęłam przed wyborem - albo zostaję z Johnem w Londynie i wysyłam brata na pewną śmierć albo jadę
z Sherlockiem i zostawiam biednego Johna samego jak palec na czas nieokreślony... Musiałam przystać na prośbę Sherlocka, inaczej miałabym go na sumieniu do końca życia. Zresztą miałam nadzieję, że oboje szybko uporamy się z misją i po powrocie powiemy o wszystkim Johnowi.

----------------------
„Musisz jechać?” - zapytałem po raz setny. Oczywiście dostałem tą samą odpowiedź.
„Oh, John” - odparła przytulając mnie mocno. Odwzajemniłem uścisk. Zastanawiałem się nad możliwością nie puszczenia jej z objęć, aż odleci samolot, na który czekała. Jednak mój plan nie wypalił.
„Niestety muszę - sam wiesz czemu…”
„No wiem” - powiedziałem wzdychając.
Gdy Weronika miała wsiadać na pokład przyszła chwila na ostateczne pożegnanie.
„Żegnaj John” - powiedziała ze łzami w oczach.
„Ejjj, nie płacz! Przecież niedługo wrócisz. Wtedy weźmiemy ślub i będziemy żyć długo
i szczęśliwie” - spojrzałem jej głęboko w oczy i otarłem łzy spływające po jej policzku. Ostatni pocałunek i ostatni uścisk. I tajemniczy list, który mi dała, a który miałem otworzyć dopiero pół roku później.
Byłem tak skołowany, że niechcący wpadłem na pewną panią i o mały włos jej nie przewróciłem. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że ma na imię Mary.
Gdy minęło pół roku otworzyłem list. Słowa w nim napisane przebiły mnie na wskroś.

 'Jeśli to czytasz, to jest duże prawdopodobieństwo, że już nie żyję. Ta misja jest trudna i mam tylko 10% szansy na to, że wrócę. Przepraszam... Tak bardzo chcę być teraz przy Tobie...

PS Jeśli chcesz coś zmienić w swoim życiu John, to zrób to teraz. Pamiętaj - chcę, żebyś był szczęśliwy.

       Twoja
 WHHW'

----------------------
[wspomnienie z misji]
Sherlock, jesteś tam?” - z krótkofalówki odezwał się cichy głos Mycrofta.
„Tak, jestem. Czego chcesz?”
„Wiem, że jesteś teraz trochę zajęty, ale mam dla Ciebie dość istotną wiadomość...” - po tych słowach dało się słyszeć poirytowane fuknięcie detektywa.
„Mów, tylko streszczaj się, bo przez Twoją paplaninę mogą nas odkryć!”
„Bo John...”
„Co z nim?” - powiedział z niecierpliwością.
„Nie, wszystko w porządku, tylko... Jakoś szybko się pozbierał po Waszym odjeździe. Ma nową partnerkę”
„Jak to? Jesteś pewny?”
 „Tak. Tylko nie mów Weronice, bo może się załamać”
„Za późno” - Mycroft zamilkł, ale nie za długo, choć ostatnia pauza była odczuwalna aż za bardzo.
„Bardzo mi przykro siostrzyczko...”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz